Borys Piotrowicz Buziakin, 60-letni głowa rodziny, miliarder, mecenas i człowiek o długiej liście tytułów, spokojnym krokiem zeszedł do jadalni na śniadanie. Za stołem już czekali: jego starszy syn – 32-letni Wadim Borysowicz, synowa Aliewtina, lat 27, ich pięcioletni syn Jegor i starsza siostra Buziakina – 63-letnia Pawła Piotrowny.
Jeden fotel pozostał pusty. To tam zwykle siedział młodszy syn – 25-letni Andriej. Ostatnio ten fotel często był pusty i doprowadzało to ojca do szału.
Borys Piotrowicz zawsze wymagał, by cała rodzina zbierała się przy porannym śniadaniu. W dzień wszyscy byli zajęci, wieczorami rzadko mieli czas na rozmowę. Tylko poranek był świętym czasem na rodzinne spotkanie.
Opuszczenie śniadania było możliwe tylko z naprawdę ważnego powodu, i to z uprzedowym powiadomieniem. Przy kawie bliscy omawiali sprawy, dzielili się wiadomościami, podejmowali bieżące decyzje.
– Dzień dobry wszystkim. Gdzie znowu ten tępak? – odezwał się głos ojca, gdy schodził po schodach.
Gospodyni, Maria i kucharka Polina Łwowna, natychmiast zniknęły. Znały charakter gospodarza i wiedziały – zaraz zacznie się burza, więc lepiej się schować.
– Cześć, tato – odpowiedział Wadim, pozostali przywitali Borysa Piotrowicza, ale od razu spuścili wzrok. – Andriej pojechał do swojej wiejskiej dziewczyny. Chyba postanowił zostać rolnikiem: chce hodować kury, świnie, kupić konia i reaktywować lokalne kołchozy.
Aliewtina przyłożyła serwetkę do ust, powstrzymując uśmiech.
– Znowu za dziewczynami, – mruknął ojciec – a kto będzie wtedy pracował? Po to uczył się w Europie, by teraz pasterzować krowy? Wadim, znajdź go i przekaż, że czekam w gabinecie. Zupełnie się rozpuścił!
– Przekażę, tato, spróbuję się z nim skontaktować po śniadaniu. Tylko że on raczej nie posłucha. W końcu się zaręcza – z lekkim sarkazmem odpowiedział Wadim.
– Zaręcza się? Na kim? Nic mi o tym nie mówił Pan Siergiej Afanasjewicz. Polina jest teraz we Włoszech z mamą, na zakupach. Czy oni się teraz przez telefon zaręczają? Co za czasy – zaśmiał się Borys Piotrowicz.

– Polina nawet nie wie o zaręczynach – wtrąciła synowa. – Andriej postanowił poślubić dziewczynę ze wsi, chyba z Wielkich Utiugów.
– Chyba chodziło o Wielkie Ustiugi – poprawił go Wadim, rozkoszując się puddingiem karmelowym.
– Jakie Utiugi? Kim jest ta sierotka? – zmarszczył brwi tata. – To nie czas na żarty. Powierzyłem mu projekt. Po raz pierwszy od studiów dałem mu samodzielne zadanie. Dosyć tego! Wadim, znajdź go natychmiast.
– Dajcie spokój chłopakowi – niespodziewanie wtrąciła Pawła Piotrowny, siostra Borysa Piotrowicza. Ma 63 lata, nie ma dzieci, więc od dawna zastępowała kobiecą część rodziny, zwłaszcza Andriejowi, do którego była szczególnie przywiązana.
Ciocia Pawła zawsze stawała w obronie ukochanego siostrzeńca. Niezależnie od sytuacji – była po jego stronie.
– On już nie jest dzieckiem. Andriej ma 25 lat i ma prawo sam wybrać swoją drugą połówkę. Jeśli mój siostrzeniec wybrał tę dziewczynę i jest gotów się ożenić, to znaczy, że to poważne. Nie przeszkadzajcie mu, bo inaczej będziecie musieli się ze mną liczyć.
– To ja decyduję, na kim poślubi mój syn! – podniósł głos Borys Piotrowicz. – Tak wybierałem narzeczoną dla Wadima i zobaczcie, jaką mają silną rodzinę. Mam wnuka – przyszłego spadkobiercę imperium Buziakinów.
Aliewtina i Wadim wymienili spojrzenia i ledwo powstrzymali uśmiechy. W tym czasie Jegor pod stołem podrzucał ser, a dwie rude corgi – Czapa i Tjapa – zwinne łapały go w locie.
Pawła Piotrowna patrzyła na to z uśmiechem. Doskonale wiedziała, jak naprawdę żyje ta „idealna rodzina”. Wadim nie stronił od uwagi modelek, a jego żona często wieczorami siedziała w drogich klubach. Ale na zewnątrz wszystko wyglądało przyzwoicie – obraz szczęśliwej rodziny musiał się trzymać.
Jegor spędzał większość czasu z nianią i guwernantką. Rodzice widzieli go głównie przy śniadaniu. Chłopiec właściwie nie miał przyjaciół, jeśli nie liczyć jedynego – Wasia, wnuczka ogrodnika Iwana Gawriłowicza. Sześciolatek często bywał na posesji z dziadkiem, w ten sposób dzieci się zaprzyjaźniły.
Po śniadaniu Borys Piotrowicz przypomniał starszemu synowi, że czeka na niego i Andrieja w swoim gabinecie. Potem szybko wyszedł z domu; już czekał samochód.
Swój majątek Borys Piotrowicz zbudował od zera. Wszystko, co posiadała rodzina, stworzył własnymi rękami. Zaczął jako zwykły majster na początku lat 90‑tych. Zebrał kilka brygad, składających się z robotników z upadłych fabryk i tych, którzy pracowali wcześniej przy budowach państwowych.
To wtedy budowano za miastem domy dla nowych bogaczy – pokaźne rezydencje z wieżyczkami, balkonami i ozdobnymi kolumnami. W gruncie rzeczy bez gustu, ale zdobione złotem i meblami w stylu empire.
Sam Buziakin nigdy nie mieszkałby w takim domu, ale klienci w różowych marynarkach płacili dobrze i to mu wystarczało.
Z czasem sława jego brygad wyszła poza region. Borys Piotrowicz zbudował kontakty, znalazł właściwych ludzi. Pod koniec lat 90‑tych zarejestrował pierwszą firmę – i wiedział, że sukces jest pewny.
Dziś jego firma jest jedną z największych i najbardziej prosperujących w regionie, a on sam – miliarderem.

Ale nie sądźcie, że droga do bogactwa przyszła bez strat. W czasie, gdy biznes dopiero się rozwijał, jego żona Walentina rodziła i wychowywała synów.
Starszy, Wadim, urodził się w 1992 roku, gdy Borys Piotrowicz dopiero zaczynał. Młodszy, Andriej – w 1999, gdy biznes już nabierał tempa. Ojcu prawie nie starczało czasu na rodzinę.
Nie raz Walentina prosiła męża, by choć czasem był z nimi, ale jej słowa ginęły w natłoku spraw. Nawet na wakacje jeździła sama z dziećmi. Borys dawał tylko pieniądze i znikał w sprawach firmowych.
– Czasami czuję się jak samotna matka – mówiła z żalem. – Boryś, chodź jutro z nami do przedszkola, Wadik zatańczy taniec ołowianego żołnierzyka, a jego partnerka… pamiętasz Swietoczka Kuzjakina?
Ale mąż już spał. Rano zostawiał karteczkę:
„Przepraszam, Waluśka, dzisiaj zajęty. Nie dam rady pójść.”
Kobieta nie przestawała próbować zaangażować męża w życie synów, ale Borys Piotrowicz nie zobaczył ich pierwszych kroków ani nie usłyszał pierwszych słów. Młodszego nawet nie odebrał ze szpitala – tego dnia były ważne prace budowlane, a zła pogoda opóźniła wszystko.
Przez cały tydzień Walentyna nie rozmawiała z mężem, potem się poddała. Zrozumiała, że synowie nie będą dla ojca priorytetem. Ale wszystko zmieniło się dwa lata po urodzeniu Andrzeja.
Walentyna zaczęła skarżyć się na zawroty głowy, ciągłe zmęczenie. Borys nie zwracał na to uwagi, myśląc, że żona w ten sposób chce zwrócić na siebie uwagę. Jednak choroba okazała się poważniejsza.
Kiedy Walentyna straciła przytomność tuż przed jego oczami, mąż wezwał pogotowie. Diagnoza lekarzy była bezlitosna. Ani pieniądze, ani znajomości nie mogły pomóc.
W 2002 roku Borys Pietrowicz został sam z dwójką małych dzieci. Firma się rozwijała, a on musiał wychowywać synów. Wadim miał dziesięć lat — był uczniem i uprawiał sport. Andriej miał zaledwie trzy lata i dopiero zaczynał przedszkole.
Dzieci często płakały, pytały o mamę, martwiły się. Ojciec był zagubiony i przybity.
W tym trudnym okresie przeprowadziła się do niego siostra — Pawła Pietrowna. Miała 42 lata. Wcześniej była baletnicą, ale postanowiła odejść z zawodu:
— Mam doświadczenie, sławę też. Ciało się męczy, młodzi rosną. Odchodzę w odpowiednim momencie — w zenicie.
Pawła wzięła na siebie opiekę nad siostrzeńcami. Oczywiście w domu były nianie i pomocnice, ale to ona wszystkim zarządzała. Szczególnie kochała Andrzeja — dla niego była gotowa „rozszarpać każdego”.
Sama Pawła nie ułożyła sobie życia prywatnego. Miała wielu adoratorów, romansów, ale żaden nie przerodził się w rodzinę. Wszystko, co jej zostało — to rodzina brata.
Trzy godziny później dwa terenowe samochody jechały drogą polną w stronę wsi Bołszije Ustiugi. Osada rozciągała się nad brzegiem rzeki, otoczona zielenią. Zbliżając się do centralnego placu, Wadim pomyślał, że można by tu zbudować świetne osiedle domków.
Plac był cichy i niemal opuszczony. Wokół stało kilka półrozpadających się budynków: miejscowy klub z odpadającym tynkiem, sklep spożywczy, rada wiejska i stary kiosk „Sojuzpieczati”. Pośrodku stała nieczynna od wielu lat fontanna, pokryta pęknięciami i mchem. Na niewielkim postumencie w centrum wznosiła się rzeźba pioniera-trębacza. Gipsowa figura trzymała trąbkę jedną ręką, a druga ręka była zerwana — najwyraźniej złamana dawno temu.

Na ulicy było gorąco, bliżej południa, więc plac wydawał się bezludny. Tylko dwie starsze kobiety siedziały na ławce przy sklepie i uważnie obserwowały każdego przechodnia i samochód. Wadim od razu zrozumiał: to miejscowe strażniczki wiadomości.
Podszedł i uprzejmie zwrócił się do nich:
— Dzień dobry, panie. Czy mogę zająć was na chwilę?
Staruszki spojrzały na siebie. Jedna z nich zaśmiała się:
— Panie! Arkadiewna pamięta i rewolucję, i wojnę, a ty do niej „panie”!
Arkadiewna niezadowolona mruknęła:
— Zinochka, jesteś ode mnie starsza o dwa lata!
— O półtora, kochanie, tylko o półtora — odparła Zinaida i zaczęła się kłótnia, która mogła przerodzić się w pełnowymiarową sprzeczkę.
Wadim postanowił interweniować:
— Przepraszam, chciałem tylko zadać pytanie. Za co jestem gotów zapłacić.
Na słowo „zapłacić” staruszki natychmiast zamilkły i uważnie spojrzały na młodego mężczyznę:
— Pytaj.
— Szukam pewnej dziewczyny. Mieszka tu z dziadkiem. Sierota. Ma około dwudziestu lat. Nazywa się chyba Wiera lub Weronika.
Kobiety znowu spojrzały na siebie. W końcu Zina westchnęła:
— Za późno, chłopcze. Już przyszedł do Werki jeden młody człowiek. Samochód taki jak twój. A dziś rano nawet dopłynął łodzią. Prosto po rzece do ich domu.
— Gdzie ona mieszka? — spojrzał uważnie Wadim.
Zina chciała odpowiedzieć, ale przyjaciółka ją uprzedziła:
— Pięćset rubli.
— Za każdą — dodała pierwsza.
Po piętnastu minutach terenówki zatrzymały się przy drewnianym płocie. Brama była zamknięta, ale Wadim zdecydowanie wszedł do środka. Ledwo podszedł do domu, gdy wybiegł na niego ogromny pies bojowej rasy. Pies obwąchał gościa i położył się przy samej bramie.
Teraz Wadim zrozumiał: jest uwięziony na czyimś podwórku.
— Są właściciele?! — zawołał do domu, nie odważając się ruszyć.
Pies leżał spokojnie. Ale za rogiem wyskoczył drugi pies — identyczny jak pierwszy — i zajął miejsce przy samych schodach. Teraz obaj strażnicy obserwowali nieproszonych gości.
Dom był pusty. Na drzwiach wejściowych wisiał masywny zamek. Wadim prawie się rozpłakał.
— Wadim Borysowicz! — zawołał jego ochroniarz Edik, który został przy bramie. — Co będziemy robić?
— To ty jesteś moim ochroniarzem, a nie ja twoim! — odpowiedział zirytowany Wadim. — Mam pytać ciebie, co robić? Masz pistolet?
— Mam — szepnął ochroniarz.
— Zamierzasz strzelać do psów, które po prostu wykonują swoją pracę? Wszystko z twoją głową w porządku?
— Może kupić kiełbasę? Przynęcić je? — zaproponował Edik.

— Nie będą jadły. To wyszkoleni ochroniarze. Nie ruszą mnie, dopóki stoję na miejscu. Poczekamy na właścicieli.
Trzy godziny Wadim stał na środku podwórka jak posąg. Prawie płakał, gdy usłyszał głosy dobiegające znad rzeki.
Dom dziadka Wery — Dmitrija Jurjewicza Gawrilowa — stał na wzgórzu. Od niego prowadziły dwie bramy: jedna na ulicę, druga nad rzekę. Po zboczu prowadziła dobrze utarta ścieżka, która kończyła się drewnianym pomostem. Pomost ewidentnie wymagał remontu, ale stary nie miał już sił ani środków.
Do Wadima zbliżali się trzej: młoda dziewczyna, mężczyzna około siedemdziesiątki i… Andriej.
— Dzień dobry! — zawołał Wadim. — Przepraszam, że bez zaproszenia. Nie wiedziałem, że nikogo nie ma w domu.
— Dzień dobry, — krzyknęła dziewczyna i pomachała. — Elsa, Alfa — do mnie!
Psy posłusznie podeszły do właścicielki. Andriej i dziadek podeszli do Wadima, uścisnęli sobie ręce na powitanie.
— Dmitrij Jurjewicz, to mój starszy brat — przedstawił gościa Andriej.
— Witaj, Wadim — uśmiechnął się dziadek. — Co was tu wszystkich sprowadza? Najpierw jeden, teraz drugi. Będą jeszcze goście?
— Dzień dobry, Dmitrij Jurjewicz. Nazywam się Wadim Pietrowicz Buziakin. Nie, więcej gości nie będzie. Przyjechałem po brata. Jego ojciec chce go zobaczyć.
— Nigdzie nie pojadę — stanowczo powiedział Andriej. — Warzyw nie sprzedaliśmy. Nie rozładuję łodzi. Noc spędzę u dziadka w sianie, jutro pojedziemy na rynek w Kukuszkinie, sprzedamy resztki i wtedy wrócimy. Tak powiedz tacie.
— Co to za zabawki? — zirytował się Wadim.
Ale w rozmowę wtrącił się dziadek:
— Andriej nam dziś pomógł. Koń znów zawiódł, — wskazał na stary Żiguli z przyczepą — a jutro trzeba było na rynek w Kukuszkinie. Więc pojechaliśmy łodzią. Andriej pomógł wszystko załadować.
Wadim zdumiony spojrzał na brata:
— Ty serio na łodzi za sto tysięcy dolarów wożesz pomidory i cebulę? Andriej, ubieraj się — jedziemy do domu. Nasza łódź zostanie odholowana, warzywa odkupimy. Nie będziemy przecież wystawiać naszej „Kasandry” na wiejskim targu. Szybko się zbieraj.
— Nie będziesz mi rozkazywał. Powiedziałem — zostaję. Łódź oddam jutro. Do zobaczenia — Andriej podał rękę. Wadim milcząco odwrócił się i odszedł. Po chwili oba terenowe auta zniknęły za zakrętem, zostawiając za sobą tumany kurzu.
— No proszę… — westchnął dziadek. — To ty jesteś synem Buziakina? Jak poznałeś Werę?
— Co za różnica, czyim jestem synem? — odpowiedział Andriej. — Mam 25 lat, jestem samodzielny. Poradzę sobie bez miliardów od ojca. Nie chcę być tylko „synem Buziakina”, jakbym nie miał własnego życia.
— Może nie tylko aplikacja, zobaczymy. Mówisz, że przeżyjesz bez pieniędzy ojca? A na jego łodzi przyjechałeś, w jego samochodzie, w jego spodniach.
— Spodnie kupiłem sam. Pracuję, nawiasem mówiąc.
— No, no. Mów do mnie po prostu dziadek Mitia. A potem zobaczymy. Chodź, oczyścimy ryby. Wieczorem rozpalimy ognisko nad rzeką, wyciągnę dobre wino z piwnicy — usiądziemy i porozmawiamy.
— No to idźcie szybciej, dziadku. Trzeba skończyć i do prysznica — surowo powiedziała Wera.
Wera i Andriej poznali się trzy miesiące temu, na tyłach posiadłości Buziakinów. Dziewczyna przychodziła tam kilka razy w tygodniu — przynosiła świeże jajka, warzywa, miód dla kucharki Poliny Lwowny. Ta, również pochodząca z Bolszych Ustiugów, wiedziała, u kogo w wiosce są najlepsze produkty — i zwracała się właśnie do Dmitrija Jurjewicza Gawrilowa.
Tak Wera trafiła do rezydencji. Andriej ją zauważył, śledził skąd przyjeżdża, a wkrótce do domu Gawrilowa dostarczono ogromny kosz kwiatów z notatką: „Pani wiejskiej od rodziny Buziakinów”.
Następnym razem, gdy Wera przyjechała do posiadłości, czekał już na nią Andriej. Poznali się, zaczęli rozmawiać i spędzać razem czas. Młody nie naciskał, nie spieszył się — po prostu był obok. Z czasem przyjaźń przerodziła się w sympatię, a potem w miłość.
Gdy Wera zrozumiała, że się zakochała, przestraszyła się. Andriej pochodził z bogatej rodziny, a ona była wiejską sierotą. Czuła, że nie pasuje do niego, że ojciec nigdy nie zaakceptuje ich związku. Kilka razy prosiła Andrieja, żeby nie przyjeżdżał, ale on się nie poddawał.
Wieczór nad rzeką był naprawdę magiczny. Noc już zapadła, ale ognisko jasno oświetlało ciemną wodę i twarze zgromadzonych. Blask płomieni tańczył na skórze, drewno trzaskało, a świerszcze radośnie cykały w trawie. Nad głowami rozpościerało się czyste gwiaździste niebo — tak bliskie, że można było dotknąć je ręką.
— Mówisz, Andriejko, że jesteś dorosły, samodzielny — zaczął dziadek Mitia, nie odrywając wzroku od ognia — i że nie zależysz od taty. Ale czy potrafisz w tym świecie przetrwać sam? Bez wsparcia ojca?

— Oczywiście, dziadku Mitia — uśmiechnął się chłopak z lekką pewnością.
— Nie śmiej się, pomyśl dobrze — powiedział surowo starzec. — Widzę, że moja wnuczka jest ci bardzo droga. Ale czy jesteś gotów dla niej zrezygnować z wszystkiego, co daje ci ojciec? I czy mogę ci zaufać z Werą, jeśli coś mi się stanie? Już nie jestem młody. Jeśli mnie nie będzie — ona zostanie sama.
— Co pan! Kocham ją. Nigdy jej nie porzucę, zawsze będę blisko, pomagać, chronić — odpowiedział poważnie Andriej.
Dziadek chwilę milczał, potem znów zaczął:
— Słuchaj. Z żoną mieliśmy jedyną córkę — Taniuszkę. Chcieliśmy dużą rodzinę, ale nie wyszło. Wszystkie nadzieje pokładaliśmy w niej. A wyrosła… na łobuziarę, a nie dziewczynę. Po ósmej klasie wyjechała do miasta na naukę. Poznała tam jakiegoś potarganego typa z gitarą. Rzuciła szkołę i poszła z nim w świat. Autostopem jeździli po kraju, mieszkali gdzie popadnie.
Andriej uważnie słuchał. Prawie nic nie wiedział o przeszłości Wery, o jej matce, a dziadek właśnie opowiadał mu ważną historię.
— Latami nie widzieliśmy córki, tylko sporadycznie dostawaliśmy pocztówki albo krótkie listy. Z nich dowiadywaliśmy się, że jest bez pracy, bez stałego miejsca zamieszkania. Jeździ z muzykami, śpiewa na ulicach, żebrze.
— Czy ona nigdy nie przyjechała do domu przez ten czas? — zdziwił się Andriej.
— Przyjechała, oczywiście — uśmiechnął się dziadek — kiedyś pojawiła się z torbą, a w niej nasza Werusia. Urodziła córeczkę i przywiozła nam. Powiedziała: „Mama, tato, zajmijcie się dzieckiem, a my z Saszkiem znajdziemy pracę, mieszkanie, odbierzemy ją”. I wyjechali. Już nie wrócili.
Czekaliśmy rok, drugi… Werę trzeba było zapisać do przedszkola, a matki nie było. W przychodni pomagała siostra mojej Olgi — przymykali oko na to, że dziecko mieszka bez mamy. Potem szkoła, urzędy… Trzeba było formalnie ustanowić opiekę.
— Coście zrobili? — zaniepokoił się Andriej.
— Przeszliśmy przez wszystkie instancje, komisje, papiery. Odebrali Taniuszce prawa rodzicielskie. Wera pod naszą opieką — mnie i mojej Olgi. Choć wtedy jeszcze nie mieliśmy nawet pięćdziesięciu lat.
Gdy Werze skończyło się czternaście lat, Olgi już nie było. Od tego czasu żyjemy we dwójkę. Żyjemy zgodnie, dobrze. Tylko martwię się o Werę. Każdy chce skrzywdzić sierotę.
— Nigdy jej nie skrzywdzę. Moja mama też zmarła wcześnie — gdy miałem trzy lata. Zabrała ją ciężka choroba. Tata sam wychowywał mnie i brata. Oczywiście, z pomocą cioci Pasi, niań, guwernantek.
— Ha, a u nas niańką Werusi była stara suczka Bonia, a guwernantką sąsiadka Szura — zaśmiał się dziadek. — Szanuję twojego ojca. Samemu z dwójką dzieci nie jest łatwo, nawet z pomocą. Dobrze, że taki jest. A ty sam? Bałbyś się takiego życia?
— Przestańcie mnie sprawdzać! — wybuchnął Andriej. — Chcecie, to sprawdźcie. Nie jestem jakimś słabeuszem. Poradzę sobie nawet na bezludnej wyspie, jeśli trzeba!
— Na wyspę nie dotrzesz — uśmiechnął się dziadek — ale przeżyj u nas rok w wiosce bez pomocy z zewnątrz. Niech zobaczę, co potrafisz.
Andriej i Wera uśmiechnęli się. Ich oczy spotkały się — w nich było coś niezwykłego, prawdziwego.
— Rozumiem — odpowiedziała krótko. — Weź mój stary „Moskwicz-412”, stoi w garażu u taty, drugi rząd.
— Dziękuję, ciociu Paszo — ucieszył się chłopak.
— Co tam sobie szeptacie? — zirytowany zapytał Borys Petrowicz.
— Oddam mu mojego „Pegaza” — westchnęła Pawła Petrowna. — Mojego Moskwicza.

— Bez prezentów się obejdzie, niech sam o wszystko walczy — podniósł znów głos ojciec.
— Nie ma mowy, dzięki Bogu, że Andriej ma rodzinę — stanowczo powiedziała ciocia i poszła odprowadzić siostrzeńca.
Dom, który dziadek Mitia pozwolił Andriejowi zająć, zarósł tak bardzo, że okna ledwo było widać przez gęstą trawę. Chłopak najpierw poprosił sąsiada o pożyczenie kosiarki do trawy i zamierzał zapłacić, ale sąsiad odmówił. Zamiast pieniędzy zaproponował, żeby odprowadził jego żonę z targu do domu — pracowała tam jako sprzedawczyni.
Andriej chętnie pomógł, a w podziękowaniu otrzymał nie tylko sprzęt, ale i sycący obiad. Sąsiedzi zauważyli, że młody człowiek nie ma nic, i postanowili go wspierać.
Kosił trawę aż do wieczora, potem sprzątał ją i wkładał do worków. Cały dzień wiejskie chłopaki obserwowali go zza płotu. Dopiero po południu Andriej wpadł na pomysł, że można zaprosić chłopaków do pomocy. Pojechał do sklepu, kupił lody, cukierki i słodkie napoje, wszystko wysypał na stół:
— To dla was za pomoc. Kto chce, niech podchodzi pojedynczo.
Chłopaki natychmiast rzucili się na podwórko. Do wieczora praca była skończona — trawa skoszona, teren uporządkowany. Teraz było widać, co wcześniej zasłaniała zieleń: leżały gliniane dzbany, potłuczone naczynia, kilka drewnianych łyżek, motyka, zardzewiały łańcuch po psie, drewniany stół i długie ławki.
Stary dom był z gliny, pokryty dachówką, letnia kuchnia — strzechą z trzciny. Dom ewidentnie z początku XX wieku, ale kiedyś był dobrze utrzymany, dlatego zachował się w dobrym stanie.
W środku okna były małe, sufity niskie. Duża rosyjska piec w środku służyła jako przegroda pomieszczenia. Za nią stało łóżko — to zapewne miejsce do spania. Przy oknie był duży stół z ławkami, w rogu paliła się lampka — kiedyś pewnie stały tam ikony.
Drewniana podłoga była w świetnym stanie. Andriej pomyślał, że jeśli dobrze wyskrobie deski, stoły i meble — wszystko będzie jak nowe. Postanowił doprowadzić dom do porządku dla życia z Werą. Myśl o ukochanej dziewczynie rozgrzała serce, i właśnie z tą myślą zasnął.
Rano, wychodząc z domu na kąpiel w rzece, zobaczył na podwórku grupę ludzi — kilku mężczyzn, nastolatków i dwie kobiety.
— Dzień dobry, towarzysze! Z jakiej okazji się zbieracie? — uśmiechnął się.
— Cześć — odezwał się z przymrużonymi oczami staruszek około siedemdziesiątki. — Przyszliśmy pomóc, bracie. Chłopaki wczoraj jedli u ciebie lody i wszystko opowiedzieli. Dobrze, że zostajesz. Młodzieży u nas mało, jak złoto — ceni się. Więc pomożemy ci. Dziś my tobie, jutro ty nam.
Andriej nie spodziewał się takiego wsparcia. Nikt nie prosił o grosz, a wieczorem nawet zastawili stół — wiejskie babcie ugotowały przepyszny obiad. W ciągu dnia mężczyźni zrobili tymczasową wiatę na samochód, umocnili ścieżki, wymienili zgniłe deski na ganku, naprawili drewutnię i furtkę prowadzącą do rzeki.
Następnego ranka przyszli znowu. Ale najważniejsze — przyjechała Wera. Serce Andrieja zabiło mocniej. Dziewczyna od razu zaczęła przygotowywać obiad dla pracujących, rozpalając piec w letniej kuchni, żeby ugotować prawdziwy barszcz na ognisku. Takiego pysznego, dymnego, żywego barszczu nasz bohater jeszcze nie próbował.
Wieczorem zebrała się cała młodzież na brzegu — miejscowe chłopaki, dziewczyny oraz Andriej z Werą. Mężczyźni przyprowadzili konie, które też kąpali w rzece. A dziadek Mitia przyjechał rowerem z arbuzami. Wszystko było tak ciepłe i przytulne, że Andriej prawie zapłakał ze szczęścia — oczywiście starając się, by nikt nie zauważył.
Dmitrij Jurjewicz przyglądał się młodemu człowiekowi i coraz bardziej go pochwalał. Minął miesiąc, a Andriej nie miał zamiaru wyjeżdżać — wręcz przeciwnie, z miłością urządzał dom i podwórko. Tylko dziadek nie mógł zrozumieć, co myśli narzeczony wnuczki.
Chłopak przywiózł starą taczankę, postawił ją na środku podwórka, pomalował na brązowo i namalował białe stokrotki. Budkę dla psa ozdobił ornamentami, płot z sztachet rozebrał.
Po paru dniach mężczyźni z sąsiedniej wioski przywieźli i postawili nowy płot — w stylu kubańskich kozackich stanicy z XIX wieku. Wtedy dziadek nie wytrzymał:
— Cześć, Andrieju! Musimy pogadać — poprawił wąsy. — Sam dałem ci prawo robić, co chcesz z chałupą. Tylko zastanawia mnie, co planujesz? I czemu mężczyźni z Sinkowki postawili płot za darmo?
— Mamy z nimi wzajemną umowę. Trzy dni z rzędu czyściłem im komputery, instalowałem system, a oni mi płot. Proste i niezawodne — puścił oko Andriej.
— Mówisz jakieś niezrozumiałe słowa — podrapał się dziadek po karku. — No dobrze. Ale po co ci taki płot? Nowoczesny byłby łatwiejszy i tańszy.

— Dziadku, poczekaj chwilę — uśmiechnęła się Wera — planujemy biznes. Do października chcemy zarobić na ślub, a do wiosny…
— Werusiu, nie odkrywajmy wszystkiego naraz — przerwał jej Andriej.
Gawriłow uśmiechnął się pod wąsem, chrząknął, podrapał głowę:
— Już ślub planujecie? Drugi miesiąc tu jesteś, a już…
— Dziadku! — oburzyła się Wera. — Mam 22 lata, sama decyduję.
— Decyduj, kto ci przeszkadza? — wzruszył ramionami dziadek. — Ale ostateczne słowo i tak należy do mnie — podniósł palec wskazujący i zastygnął, jakby film zwolnił. Szczęka opadła powoli, oczy się powiększyły:
— Ach, jaka kobieta! — wykrzyknął, widząc wchodzącą na podwórze Pawłę Petrowną.
— To moja ukochana ciocia — głośno powiedział Andriej. Ciocia Pasza uśmiechnęła się, pomachała ręką i pewnym krokiem weszła na podwórko. Od razu powitały ją psy — Elsa i Alfa, które zazwyczaj były bardzo surowe.
Ale Pawła Petrowna się nie przestraszyła. Przeszła obok, a gdy psy chciały zacząć warczeć, stanowczo powiedziała:
— Siad, dziewczyny!
I one posłusznie usiadły na tylnych łapach — same chyba były zaskoczone swoją uległością.
— Wielkie dzięki — podziękowała ciocia i ruszyła do siostrzeńca, witając go szerokim uśmiechem.
— Co za kobieta! — znowu powiedział dziadek Wery. Dmitrij Jurjewicz wyglądał na tak zauroczonego, że wnuczka nie przypominała sobie takiego przypadku od wielu lat.
Później, gdy czwórka zasiadła do obiadu w altanie na tyłach podwórka — w cieniu drzew, chronieni przed upałem — Wera szepnęła do dziadka:
— Dziadku, zakochałeś się?
— Co ty pleciesz? Nic takiego nie ma! Lepiej idź pomóż nakryć do stołu — mamroczył zakłopotany, czerwieniąc się.
— Jasne… zakochałeś się — uśmiechnęła się szeroko dziewczyna.
Przy stole rozmawiali o wszystkim, przeskakując z tematu na temat. Rozmawiali kilka godzin — tyle się nazbierało! Pawła Petrowna oczywiście dzwoniła do Andrieja, ale rozmowa przez telefon to jedno, a rozmowa twarzą w twarz przy stole na świeżym powietrzu to zupełnie co innego.
Ciocia opowiedziała, że ojciec tęskni. Boris Pietrowicz, oczywiście, nie przyznaje się do tego wprost, ale ona zna brata lepiej niż ktokolwiek inny:
— Tylko pamiętaj, Andrzeju, ty też dobrze znasz swojego ojca. On nigdy pierwszy nie zrobi kroku do pojednania.
— A ja się z nim nie kłóciłem — wzruszył ramionami siostrzeniec. — Tak, wyrzucił mnie, ale i tak bym sam odszedł. Musiałem zrozumieć, kim jestem i do czego zdolny. Jeśli ojciec zaakceptuje Werę, naszą rodzinę, moje życie tutaj — na pewno się pogodzimy. A jeśli nie… to po prostu przestaniemy się kontaktować.
— Wy, Andrzeju, na pewno się z ojcem pogodzimy. Tak być musi. Trzeba się chwalić takim synem, a nie wypędzać go z domu — poparł młodego człowieka dziadek Mitia.
Pawła Pietrowna spojrzała na niego z wdzięcznością, a staruszek zakłopotany się uśmiechnął.
— Dobra, Andrzeju, opowiedz mi już o waszym biznesie — postanowiła zmienić temat ciocia. — Dziadek prosił — więc dawaj, chłopcze.
— O jakim biznesie? — zdziwiła się, gdy Andrzej zaczął mówić.
— Widzisz, ja chcę…
— My chcemy — wtrąciła się Wera.
— Przepraszam, kochanie — speszył się Andrzej. — Chcemy zorganizować ekologiczną giełdę właśnie tutaj, na tym podwórzu. Stałą. Rynek rzeczny jest zaledwie pięć kilometrów wzdłuż rzeki albo dwadzieścia drogą. Wielkie Ustjugy są nawet bliżej miasta niż ten rynek. Droga przechodzi właśnie przez skraj wioski i wszyscy jadący na rynek przejeżdżają obok nas.
— Zaczynam rozumieć — skinęła głową ciocia. — Kontynuuj.
— W naszej wiosce jest wielu dobrych gospodarzy, których produkty są najwyższej jakości. Na przykład dziadek Mitia.
Staruszek znów się zaczerwienił i spuścił wzrok. Pawła Pietrowna, zauważywszy to, uśmiechnęła się i z zainteresowaniem spojrzała na mężczyznę. Wyraźnie między nimi pojawiło się porozumienie. Nie zwracając uwagi na ich spojrzenia, Andrzej kontynuował:
— Ale dostarczenie towaru na rynek rzeczny nie zawsze jest wygodne. Są koszty paliwa, opłaty za miejsce, przechowywanie, a czasem opłaca się wyrzucić resztki niż płacić za wszystko. Można sprzedać pośrednikom — ale oni dają grosze.
— Andrzeju, przejdź do sedna, proszę — poprosiła ciocia.

— Zorganizujemy giełdę właśnie tutaj. Ekofarmę, gdzie ludzie będą mogli kupić świeże, lokalne produkty bezpośrednio od rolników. Już zamówiłem reklamę, rozwiesiłem ogłoszenia, postawimy baner przy drodze. Otwarcie w następną sobotę.
Pierwszymi uczestnikami będą dziadek Mitia, nasi sąsiedzi, mężczyźni z innej części wioski, którzy nam pomogli. Rozstawimy stoiska wokół podwórza, otworzymy bramę — i zapraszamy! Jeśli pójdzie dobrze, mamy wiele planów.
— Na przykład? — zapytała Pawła Pietrowna.
— Ekofarma: klient sam będzie mógł zebrać jajka w kurniku, zobaczyć, jak doi się krowę, nakarmić zwierzęta. Dla rodzin z dziećmi — szczególna atrakcja.
— A miód będzie można brać prosto z uli! — dodał dziadek.
— Dokładnie, dobrze powiedziane, dziadku! — pochwaliła go Wera.
— Jacy wy jesteście wspaniali! — wzruszyła się Pawła Pietrowna, ocierając oczy chusteczką. — Zawsze mówiłam Borisowi, że mój młodszy siostrzeniec to prawdziwy cudowne dziecko.
— Ciociu Pawło, jaki ja cudowne dziecko — zaśmiał się Andrzej — miałem trójki w szkole!
— Nie dyskutuj — powiedziała surowo ciocia — jeśli powiedziałam „cudowne dziecko”, to tak jest. A tak przy okazji, w sobotę przywiozę ci klientów. Wszystkim znajomym opowiem o waszym ekodworze.
— Dziękujemy bardzo, Pawła Pietrowna — serdecznie podziękowała Wera.
— Na zdrowie, synowo. A jeszcze pomyślcie o wystawie z pamiątkami. Mam przyjaciółkę, byłą baletnicę, która szyje niesamowite koce patchworkowe — prawdziwe dzieła sztuki. Inna znajoma robi na szydełku obrusy i serwetki.
— To świetny pomysł, ciociu Pawło! — ucieszyła się Wera.
Niepostrzeżenie czas minął, a Pawła Pietrowna zaczęła się zbierać do domu. Wera odprowadziła ją do samochodu, a przez całą drogę cicho coś rozmawiały. Andrzej i dziadek Mitia zostali przy altanie. Nagle staruszek niespodziewanie zapytał:
— Andrzeju… a twoja ciocia… jest wolna? Czy serce ma zajęte, czy… może ja też mogę spróbować?
Andrzej szeroko otworzył oczy, ale nie zdążył nic powiedzieć poza jednym:
— Nie jest mężatką.
Po tym młody mężczyzna pospiesznie podszedł do furtki, by pożegnać się z ciocią. Bał się wybuchnąć śmiechem w twarz dziadka — więc wolał odejść.
Debiut był świetny! Mnóstwo klientów przyjechało z ciekawości — przecież i tak musieli jechać w stronę rynku rzecznego. Minąć jarmark było łatwo. Mieszczanie byli zaskoczeni cenami, różnorodnością i świeżością produktów. Jeśli czegoś brakowało, sprzedawcy natychmiast przynosili potrzebne rzeczy z ogródka lub pasieki.
Dziadek Mitia sprzedał ponad połowę planowanej rocznej ilości miodu — i to wszystko w jeden dzień. Sprzedawcy odprowadzali Andrzejowi mały procent — za wynajem, reklamę i organizację. Wszyscy na tym zyskali.
Młoda para nie zdążyła zorganizować wesela w tym roku — dopiero zaczynali swoją drogę. Po prostu wzięli ślub cywilny i postanowili świętować w następnym roku. Ale los zdecydował inaczej.
Ledwo młodzi wrócili do domu po USC, kolacji w restauracji i noclegu w hotelu — już czekała na nich niespodzianka. Wioska urządziła prawdziwą fetę. Przy stole zebrała się niemal cała wieś. Żywa muzyka, prezenty, gratulacje — dwa dni świętowano na całego!
Andrzej czuł się częścią wielkiej rodziny, czego nigdy wcześniej nie doświadczył w swoim bogatym, lecz chłodnym domu. Tutaj, w tej małej wiosce, po raz pierwszy poczuł jedność i zaufanie ludzi.
Mieszkańcy mieli wiele pomysłów. Ktoś proponował stworzyć wodny dziób ptasi, gdzie turyści mogliby obserwować ptaki i je karmić. Inni myśleli o serowarni — we wsi byli już mistrzowie robiący przepyszną bryndzę i twaróg.
Andrzej rozumiał, że ludzie na niego liczą. Mieli pomysły, chęci, ale brakowało wykształcenia, kontaktów, możliwości. Mężczyzna długo rozmyślał, konsultował się z żoną i dziadkiem. To była wielka odpowiedzialność, wymagająca siły i pieniędzy.
Wera go wspierała. Z wykształcenia była księgową, Andrzej ekonomistą. Postanowili wziąć kredyt i stopniowo rozwijać projekt. Choć Wera była w ciąży, aktywnie pomagała mężowi we wszystkim.
Wsparcie dawał też dziadek Mitia i ciocia Pawła, która teraz często bywała w domu. Teraz młoda para mieszkała u niej, bo ich własny dom był jeszcze w budowie. Ale to już zupełnie inna historia…
W niedzielę rano wioska obudziła się nową energią. Ludzie rozmawiali o planach, dzielili się pomysłami i umawiali na kolejne spotkania. Andrzej i Wera czuli, że ich decyzja była słuszna — zaczynają tworzyć coś ważnego dla całej społeczności.

Dziadek Mitia, choć już starszy, z nowym entuzjazmem uczestniczył w przygotowaniach. Pomagał młodym uczyć się prowadzenia gospodarstwa i radzenia sobie z codziennymi sprawami. Wera z kolei zapisywała wszystkie wydatki i dochody, dbając o porządek w finansach.
Mieszkańcy wioski zaczęli częściej odwiedzać dom Pawły Pietrownej, która stała się nieformalnym centrum wymiany informacji. Jej doświadczenie i kontakty pomagały rozwiązywać bieżące problemy.
Minęły miesiące. Ekofarma rosła w siłę, przyciągając coraz więcej gości i klientów z okolicznych miejscowości. Ludzie chętnie kupowali lokalne produkty, a dzieci z radością uczestniczyły w warsztatach i zajęciach edukacyjnych.
Pewnego dnia, podczas jednego z takich spotkań, Andrzej zauważył, jak bardzo zmieniło się jego życie. Już nie czuł ciężaru dawnych sporów z ojcem i problemów z przeszłości. Wspólna praca, wsparcie żony i sąsiadów dały mu poczucie przynależności i spełnienia.
Wera, trzymając się za rękę męża, uśmiechnęła się i powiedziała:
— Jesteśmy tam, gdzie powinniśmy być.
A Andrzej odrzekł z przekonaniem:
— Razem możemy wszystko.

Tatuś wyrzucił syna z domu, kiedy dowiedział się, że wybranka jego serca — dziewczyna z niewielkim majątkiem ze wsi. Ale dokładnie rok później, gdy sam przyjechał do tej samej wsi…
Borys Piotrowicz Buziakin, 60-letni głowa rodziny, miliarder, mecenas i człowiek o długiej liście tytułów, spokojnym krokiem zeszedł do jadalni na śniadanie. Za stołem już czekali: jego starszy syn – 32-letni Wadim Borysowicz, synowa Aliewtina, lat 27, ich pięcioletni syn Jegor i starsza siostra Buziakina – 63-letnia Pawła Piotrowny.
Jeden fotel pozostał pusty. To tam zwykle siedział młodszy syn – 25-letni Andriej. Ostatnio ten fotel często był pusty i doprowadzało to ojca do szału.
Borys Piotrowicz zawsze wymagał, by cała rodzina zbierała się przy porannym śniadaniu. W dzień wszyscy byli zajęci, wieczorami rzadko mieli czas na rozmowę. Tylko poranek był świętym czasem na rodzinne spotkanie.
Opuszczenie śniadania było możliwe tylko z naprawdę ważnego powodu, i to z uprzedowym powiadomieniem. Przy kawie bliscy omawiali sprawy, dzielili się wiadomościami, podejmowali bieżące decyzje.
– Dzień dobry wszystkim. Gdzie znowu ten tępak? – odezwał się głos ojca, gdy schodził po schodach.
Gospodyni, Maria i kucharka Polina Łwowna, natychmiast zniknęły. Znały charakter gospodarza i wiedziały – zaraz zacznie się burza, więc lepiej się schować.
– Cześć, tato – odpowiedział Wadim, pozostali przywitali Borysa Piotrowicza, ale od razu spuścili wzrok. – Andriej pojechał do swojej wiejskiej dziewczyny. Chyba postanowił zostać rolnikiem: chce hodować kury, świnie, kupić konia i reaktywować lokalne kołchozy.
Aliewtina przyłożyła serwetkę do ust, powstrzymując uśmiech.
– Znowu za dziewczynami, – mruknął ojciec – a kto będzie wtedy pracował? Po to uczył się w Europie, by teraz pasterzować krowy? Wadim, znajdź go i przekaż, że czekam w gabinecie. Zupełnie się rozpuścił!
– Przekażę, tato, spróbuję się z nim skontaktować po śniadaniu. Tylko że on raczej nie posłucha. W końcu się zaręcza – z lekkim sarkazmem odpowiedział Wadim.
– Zaręcza się? Na kim? Nic mi o tym nie mówił Pan Siergiej Afanasjewicz. Polina jest teraz we Włoszech z mamą, na zakupach. Czy oni się teraz przez telefon zaręczają? Co za czasy – zaśmiał się Borys Piotrowicz.
– Polina nawet nie wie o zaręczynach – wtrąciła synowa. – Andriej postanowił poślubić dziewczynę ze wsi, chyba z Wielkich Utiugów.
– Chyba chodziło o Wielkie Ustiugi – poprawił go Wadim, rozkoszując się puddingiem karmelowym.
– Jakie Utiugi? Kim jest ta sierotka? – zmarszczył brwi tata. – To nie czas na żarty. Powierzyłem mu projekt. Po raz pierwszy od studiów dałem mu samodzielne zadanie. Dosyć tego! Wadim, znajdź go natychmiast.
– Dajcie spokój chłopakowi – niespodziewanie wtrąciła Pawła Piotrowny, siostra Borysa Piotrowicza. Ma 63 lata, nie ma dzieci, więc od dawna zastępowała kobiecą część rodziny, zwłaszcza Andriejowi, do którego była szczególnie przywiązana.
Ciocia Pawła zawsze stawała w obronie ukochanego siostrzeńca. Niezależnie od sytuacji – była po jego stronie.👇👇 Kontynuacja w pierwszym komentarzu pod zdjęciem 👇👇👇
