Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

Kiedy Artiom otrzymał nowy autobus, jego serce zamarło z radości — miał wrażenie, że wręczono mu klucz nie tylko do pojazdu, ale i do nowego życia. Takiego, w którym nie będzie już zgrzytów starej skrzyni biegów, zapachu oleju napędowego w kabinie i ciągłego lęku, że zaraz znowu rozleci się zawieszenie. Autobus był nowiutki, niemal pachniał fabryką: siedzenia miały gęstą tapicerkę, kierownica — ani jednej przetarcia.

Ale radość nie trwała długo — jeszcze tego samego wieczoru wezwano go do Iwana Konstantinowicza, dyrektora zajezdni. Mężczyzna postawny, twarz jakby wykuta z kamienia.

— Słuchaj, Artiom… — zaczął, opierając się w starym, skrzypiącym fotelu. — Skoro dostałeś nowy pojazd, to i trasę dostaniesz specjalną. Linia 77. Osiedle podmiejskie.

— Chyba żartujesz? — głos Artioma prawie się załamał. — Przecież ja ten autobus zajeżdżę w miesiąc! Tam nie ma drogi, tylko piekło dla maszyny! Sami działkowicze i staruszkowie, którzy chcą się tylko przejechać za darmo i pokrzyczeć, że źle skręciłem!

— Żal ci pojazdu? — uśmiechnął się przełożony. — A kupiłeś go może sam?

Artiom zamilkł. Miał ochotę trzasnąć drzwiami, ale wiedział: szybko znajdą mu zastępstwo.

Poranek przywitał go mżawką i kałużami pod nogami. Stał przy masce, przykręcając tablicę rejestracyjną — ręce mu marzły, klucz ciągle wypadał. Przy wejściu do autobusu już tłoczyli się staruszkowie z torbami, siatkami i baniakami, ze smutkiem w oczach.

Usiadł za kierownicą, odpalił silnik — autobus zadrżał, jakby też się przeziębił. Artiom czuł się podobnie — trzęsący się, zmarznięty, jakby wywrócony na drugą stronę. Wszystko go drażniło: tykanie kierunkowskazu, zrzędzenie babci z pierwszego rzędu, klaksony mijanych aut. Palce kurczowo ściskały kierownicę do białości. W głowie kotłowały się myśli: „Po co żyję? Dla kogo? Po co wstaję o piątej rano, żeby wozić ludzi, którzy nawet nie powiedzą dziękuję?”

Przystanki mijały jeden po drugim. Ktoś prosił o wcześniejsze zatrzymanie, ktoś inny klął, że za późno. Jeden dziadek wciskał do przejścia brudny worek z ziemniakami — prawie się przewrócił. Artiom zacisnął zęby. Odliczał minuty do końca zmiany.

Ale najtrudniejsze było wracanie do domu.

Gdy skończył trasę, deszcz się nasilił, przeradzając się w ulewę. Bębnił o dach, spływał po szybach, jakby ktoś chciał zmyć ten dzień z powierzchni ziemi.

Zdał autobus, przebrał się w dusznej szatni, gdzie pachniało wilgotnymi kurtkami i potem. Postanowił wrócić pieszo — nie chciał z nikim rozmawiać. Pragnął ciszy. Chciał, by w domu pachniało domowym rosołem i ciepłem, jak w dzieciństwie. Ale to „dzieciństwo” dawno już odeszło — razem z kapciami ojca, zaparowanymi oknami i uczuciem, że ktoś na ciebie czeka.

Zamek kliknął. Wszedł, starannie odstawił buty w kąt. Na kuchence skwierczała patelnia — zapach smażonych ziemniaków uderzył w nos, coś w nim drgnęło.

— Mamo? — zawołał, prawie się uśmiechając.

Ale w domu był obcy człowiek.

Przy kuchence stał mężczyzna.

— O, Artiom! — rozległ się głos matki z pokoju. — Poznaj, to Borys. Teraz jest z nami.

Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

Artiom zamarł.

— Siema, bracie — powiedział Borys, szczerząc zęby. — Teraz ja tu rządzę.

Artiom nie odpowiedział. Po prostu się odwrócił i wyszedł.

Na zewnątrz robiło się ciemno. Asfalt błyszczał, latarnie drżały w kałużach. Szedł, nie zwracając uwagi na drogę, wściekły na wszystko: pracę, matkę, tego Borysa, siebie samego.

W kieszeni wymacał klucz — do małego pokoiku u Wiki, dyspozytorki z zajezdni. Kiedyś marzyli, że kupią tam firanki i mikrofalówkę — stworzą swój azyl. Ruszył w tamtym kierunku. Nie miał już dokąd pójść.

Do mieszkania Wiki dotarł przemoczony do suchej nitki. Buty chlupały, dżinsy kleiły się do skóry. Deszcz nie ustawał. Już z daleka zobaczył światło w oknie — była w domu. Wyjął klucz, ale nie odważył się go użyć. Zapukał.

Otworzyła od razu, jakby wiedziała, że przyjdzie. W szlafroku, z telefonem w dłoni, mokre włosy.

— Artiom? Jesteś taki… — zaczęła, ale on przerwał:

— Mogę wejść?

Kiwnęła głową, wpuszczając go do środka. Zdjął kurtkę, zostawił buty przy kaloryferze.

— Mama przyprowadziła nowego faceta — westchnął. — Pije i uśmiecha się jak idiota. A ona: „teraz on z nami”. Jakby to było takie proste.

Wika usiadła obok, zarzuciła na niego koc. Wiedziała — teraz lepiej milczeć.

— Już tam nie wrócę. Nawet jeśli zostanę na ulicy.

— Masz mnie — powiedziała cicho. — Możesz zostać. Na zawsze.

Spojrzał na nią. W jego oczach była taka rozpacz, że serce Wiki się ścisnęło. Przysunęła się bliżej.

— Ty… nie jesteś już sama, prawda? — powiedział niespodziewanie.

Zapadła cisza.

— Co masz na myśli?

— Nie udawaj. Czuję wszystko. Od dawna. Inne słowa. Inna cisza. Nawet zapach… — wciągnął głęboko powietrze. — To nie twój perfum. Kiedyś był konwalia. Teraz — męska woda kolońska z nutą jabłka.

Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Odwróciła tylko wzrok. I on wszystko zrozumiał.

— Z dyspozytorni? Czy ten z Kamaza?

Cisza.

Wstał. Bez krzyku, bez histerii. Wziął kurtkę pod pachę, jakby to była cudza rzecz. W milczeniu się ubrał.

— Wika… — zawołała.

— Nie ma za co — odpowiedział. — Sam jestem sobie winien. Chciałem zostać tam, gdzie mnie nie kochają. A teraz zrozumiałem.

Drzwi trzasnęły.

Na zewnątrz przywitał go deszcz. Szedł gdzieś, sam nie wiedząc dokąd. Po twarzy spływała woda — jak łzy, których nie pozwalał sobie uronić. W piersi — pustka. Po bólu czasem zostaje tylko ona — pustka.

Na przystanku stała staruszka w liliowym płaszczu. Szczupła, z wytartą parasolką i torbą w kratę. Zarejestrował ją kątem oka — dawno już przestał widzieć pasażerów jako ludzi, byli tylko tłem.

Minął ją. Ale się odwrócił. Patrzyła na niego.

— Ty jesteś kierowcą — powiedziała. — A to znaczy, że wieziesz nie tylko ludzi. Czasem — i losy.

Parsknął śmiechem.

Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

— A pani, babciu, z jakiej bajki uciekła?

Nie odpowiedziała. Po prostu odeszła — krok po kroku, rozmywając się w deszczowej mgle, jak kadr ze starego filmu.
„Dziwna kobieta. Albo ja wariuję” — pomyślał Artiom.

Nie wiedział, że to spotkanie już zmieniło wszystko.

Następny poranek zaczął się jak zwykle: niedospanie, gorzka herbata w stołówce i zmęczenie, które jakby przykleiło się do skóry. Gardło paliło, ciało łamało. Może gorączka, ale nie było czasu, żeby to sprawdzić. „Siedemdziesiąt siódemka” już czekała — brudna, zimna, pełna staruszek z wiadrami.

Prowadził autobus jak automat, nie dostrzegając niczego wokół. Głowa pękała. Oczy piekły. Myśli krążyły wokół Wiki: jak prasowała mu koszulki, jak marszczyła brwi, jak brzmiał jej głos — teraz wydawał się obcy.

Na kolejnym przystanku wsiadła ona — ta sama staruszka w liliowym płaszczu. Rozpoznał ją od razu: ta sama postura, ten sam wzrok, jakby wiedziała o nim więcej, niż on sam.

— Bilecik, babciu — powiedział zmęczonym głosem.

— Nie mam — odpowiedziała spokojnie. — Ale bardzo muszę.

— Wszyscy muszą — odburknął ostro. — Bez biletu — wysiadać.

— Jutro emerytura. Oddam potem. Albo odejmij z losu, synku, jeśli potrafisz.

Parsknął śmiechem.

— Los to teraz terminal?

— Los to ty — powiedziała cicho. — Dziś jesteś moim wyborem. Tylko jeszcze o tym nie wiesz.

— A idź pani… — mruknął i ostro nacisnął hamulec.

Drzwi skrzypnęły, jakby jęknęły. Deszcz bębnił po schodach. Staruszka bez słowa wysiadła, przeszła przez ścianę wody i zniknęła — jak jesienny liść porwany podmuchem wiatru.

W autobusie zapanowała cisza. Kilku pasażerów rzuciło na kierowcę krzywe spojrzenia, ale nic nie powiedzieli. Wszyscy już wiedzieli: młody, nerwowy — czego się spodziewać?

Artiom zatrzasnął drzwi i ruszył. Ale wewnątrz pojawiło się nieprzyjemne uczucie — jakby nie tylko wyrzucił gapowiczkę, ale stracił cząstkę siebie. Coś wewnątrz ledwo zauważalnie zadrgało.

Po dwudziestu minutach złapał gumę. Na środku pustej drogi polnej.

Zaklął, wysiadł z kabiny, wezwał zastępstwo. Stał w deszczu, podnośnik w rękach, myśli — najbrudniejsze słowa. Akumulator padł. Silnik nie odpalał. Telefon zamókł, zasięg zanikał.

W końcu przyjechał Sierioża, zabrał pasażerów. Artiom został sam — czekać na lawetę. Przemókł do suchej nitki. Deszcz się nasilił, jakby z niego kpił, lał się w kark, przypominając o wszystkich złych uczynkach.

Wrócił do domu — mokry, drżący, z chłodem pod skórą. Matka nie otworzyła. Za drzwiami słychać było leniwy męski głos. „Teraz on jest z nami”.

Artiom zszedł na dół, usiadł na betonowym progu. Deszcz nie przestawał. Wiatr szarpał ubranie, pod koszulką było zimniej niż w wilgotnej piwnicy. Siedział tak, aż zdrętwiały mu palce. Potem wstał i poszedł — sam nie wiedząc dokąd.

Włóczył się do nocy: mokry park, tory kolejowe, półoświetlony przystanek z obdrapanym daszkiem. Ani jednego telefonu, ani wiadomości. Nikogo nie potrzebował.

Nad ranem dotarł na tyły dworca autobusowego, usiadł na skrzynce przy garażach i zamknął oczy. Ziemia pod stopami się chwiała, głowa pękała, ciało trzęsło się z dreszczy. Chciał zostać tutaj, niech cały świat się wali…

Znalazł go przypadkiem dozorca idący na zmianę. Artiom leżał półżywy, w deszczu, z sinymi ustami i płytkim oddechem.

Pogotowie przyjechało szybko. Diagnoza — zapalenie płuc, silne wychłodzenie, początek gorączki. Przez prawie dobę nie mogli go zidentyfikować — brak dokumentów, telefon nie działał.

Dopiero trzeciego dnia otworzył oczy i zobaczył kobietę, która trzymała go za ramię i mówiła łagodnie:

— Proszę się nie ruszać. Został pan przywieziony w ciężkim stanie. Zapalenie płuc, temperatura prawie czterdzieści. Przez dwa dni majaczył pan.

Odwrócił głowę. U stóp łóżka stała kobieta z włosami spiętymi przy skroniach. Zwyczajna, niczym się nie wyróżniająca, ale biło od niej ciepło — jak od ogniska, przy którym można się trochę ogrzać.

— Kim pani jest? — wychrypiał.

— Alona. Pomagam tu. Nie pielęgniarka, po prostu pracuję przy szpitalu. Pogotowie przywiozło pana w nocy. Mówią, że znaleźli pod ogrodzeniem. Ledwo żywego.

Spróbował coś powiedzieć, ale zakaszlał. Podeszła, podała mu szklankę do ust. Trzymała pewnie, jakby wiedziała: jeśli teraz puści, człowiek może się rozpaść ostatecznie.

— Będzie dobrze. Jest pan młody, silny. Tylko chyba bardzo zmęczony?

Skinął głową w milczeniu. Zmęczony — to było za mało. Był wypalony do cna.

Alona nie wypytywała, nie naciskała. Zmieniała ręczniki, poprawiała poduszki, zostawiała jedzenie, które chciało się jeść, nawet gdy żołądek odmawiał współpracy.

Po kilku dniach Artiom poczuł się lepiej. Siedział już, patrzył przez okno. Alona przyniosła śniadanie i usiadła obok, trochę z boku.

— Jest pan kierowcą?

Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

— Byłem — gorzko się uśmiechnął. — Teraz raczej mnie nie przyjmą. Rozwaliłem autobus, prawie zostawiłem ludzi w szczerym polu, sam wylądowałem tutaj.

— A chciałby pan pracę? — powiedziała spokojnie. — U mojego byłego szefa, Wadima, właśnie szukają kierowcy. Kogoś odpowiedzialnego, bez ciągot do alkoholu.

Zmarszczył brwi. Nie zrozumiał — żartuje czy mówi poważnie?

— A skąd pani wie, że nie jestem pijakiem albo wariatem?

Uśmiechnęła się — ciepło, lekko smutno:

— Zrobili badania. Wszystko w porządku.

Odwrócił wzrok. I po raz pierwszy od dawna poczuł, że znowu zaczyna oddychać. Nie tylko klatką piersiową — całą duszą.

Po dwóch tygodniach został wypisany. Lekarz uścisnął mu dłoń:

— Młody jesteś, dasz radę. Tylko dbaj o siebie. Zapalenie płuc to poważna sprawa.

Artiom skinął głową i wyszedł w szare poranek. Zimny wiatr uderzył w twarz — przypomnienie: żyjesz.

Jeszcze nie wiedział, dokąd iść, gdy usłyszał:

— Hej! Dokąd się wybierasz?

To była Alona. W rękach termos i zawiniątko z pasztecikami. Uśmiechała się prosto, ciepło, bez zbędnych słów.

— Masz, na drogę. I z tą pracą nie żartowałam. U Wadima naprawdę szukają kierowcy. Pasuje?

Dom Wadima znajdował się w cichej dzielnicy — przestronny, zadbany, bez ostentacyjnego luksusu. Na podwórku czarne auto, za domem mały ogród. Sam gospodarz — około czterdziestki, spokojny, uważny. Przywitał się stanowczo, spojrzał prosto w oczy:

— Alona mówi, że jesteś porządny. A ona rzadko się myli. Spróbujemy?

Tak zaczęło się nowe życie. Praca — nieskomplikowana: odbierać, zawozić, czasem gdzieś podjechać. Mieszkanie — w oficynie, wyżywienie — wspólne, pensja — stała. Artiom szybko odnalazł rytm. Robił wszystko dokładnie, bez zbędnego pośpiechu. Szef go szanował, Wadim nie czepiał się, nawet parę razy pochwalił.

Ale najważniejsza była Alona. Przychodziła ot tak, przynosiła herbatę, ciasto, siadała obok. Nie spieszyli się, nie rozmawiali wiele. Trzymał ją za rękę i czuł, jak powoli rozmraża się w nim to, co dawno zamarzło.

O matce już nie myślał. O Wice też nie. A staruszkę w liliowym płaszczu prawie zapomniał. Prawie.

Pewnego dnia Wadim zszedł z tarasu i powiedział:

— Jutro odbierz Walentinę Siergiejewną z dworca. Moja dawna niania wraca. Alona traktuje ją jak rodzinę. Nie masz nic przeciwko?

Artiom kiwnął głową.

Przyjechał na dworzec wcześniej. Ludzie wychodzili z dziećmi, z torbami. I nagle — ona. Liliowy płaszcz, kraciasta torba, ta sama postura. Ten sam wzrok, jakby widział wszystko, co próbujesz ukryć.
Starsza pani podeszła, wsiadła do samochodu milcząc, z godnością.

— To pani… — w końcu wydusił Artiom, gdy ruszyli.

— To ja — spokojnie odpowiedziała ona. — A ty. Tylko teraz inny.

Dom przywitał ją serdecznie. Alona przytuliła ją, Wadim się uśmiechnął. Wszystko byłoby w porządku, ale Walentyna, zdejmując płaszcz, zauważyła:

— A kierowca u was teraz sumienny. Kiedyś mnie zostawiał na deszczu, a teraz spotyka na dworcu.

Zapanowała cisza. Delikatna jak napięty drut. Wadim długo patrzył na Artioma.

— To prawda? — zapytał cicho.

Artiom skinął głową. Walentyna weszła do domu. Więcej wyjaśnień nie potrzebowano.

Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

Następnego ranka go zwolniono. Bez słów. Z biura przynieśli dokumenty i kopertę. Alona stała na ganku, blada, z zaciśniętymi pięściami. Patrzyła, jakby czekała, że powie: „Nie jestem tym. To pomyłka”.

— To prawda? — zapytała cicho.

On pokiwał głową, nie podnosząc wzroku.

Ona zacisnęła usta i pokręciła głową.

— Myślałam, że stałeś się kimś innym.

Spojrzał na nią. W jego oczach nie było wytłumaczeń. Tylko zmęczenie.

— Stałem się kimś innym — powiedział. — Tylko chyba za późno.

Alona cofnęła się o krok. W jej oczach były suche łzy i jakby niewidzialny ból.

— Nie potrafię żyć obok ciebie, myśląc codziennie o tym, jak ją wyrzuciłeś. Moją matkę. W sam środek ulewy.

Nie odpowiedział. Tylko skinął głową. Wszystko zrozumiał.

I poszedł.

Znowu.

Odszedł bez awantury, bez obietnic powrotu, bez próby trzymania się jej wzrokiem czy słowem. Po prostu spakował rzeczy do starej sportowej torby, wziął numer do szpitala powiatowego i zapytał:

— Potrzebujecie kierowców do karetki?

— Proszę przyjechać — odpowiedzieli. — Nawet jutro.

Tak zaczął: znów za sterami, ale już nie autobusu, lecz białego auta z czerwonym krzyżem. To przywoził babcię z nadciśnieniem, to podwoził chłopaka z raną kłutą, to jechał do kobiety, która płakała nie z bólu, ale z samotności. Ani oklasków, ani podziękowań. Tylko niepokój na radiu, bezsenne noce i skrzyp noszy na mokrym asfalcie.

Nie narzekał. Nie pił. Nie był niemiły. Lekarze nazywali go „cichym” — bo wszystko rozumiał bez zbędnych słów. Niósł, taszczył, czekał przy drzwiach, mył auto — nie pytając, kto następny.

Mieszkał w pokoju na stacji – z obdrapaną szafką, płytą i czajnikiem. Czasem czytał książki z biblioteki, czasem po prostu siedział i patrzył przez okno. Deszcz już go nie wyprowadzał z równowagi. Słuchał go jak spowiedzi świata.

Alony nie szukał. Walentynie Siergiejewnej nie pisał. Wiedział: wszystko, co chciałby powiedzieć, zabrzmiałoby jak „przepraszam, chcę wrócić”. A on nie chciał wracać. Chciał iść naprzód — ale tylko jeśli zasłuży na to.

Minął rok.

Czasem zdawało się, że wszystko zostało zapomniane.

Aż do jednego dnia.

Wysłali go na urlop — na prośbę ordynator, kobiety surowej jak szef sztabu.

Wrócił do rodzinnego miasta. Wpadł do matki. Siedziała sama — skulona, postarzała. Prawie nie rozmawiali. Przy stole pił herbatę, a ona nagle powiedziała:

— Wybacz mi, synu. Wtedy cię wygnałam. A teraz nikt tu nie został. I on… też gdzieś zniknął.

Skinął głową. Wybaczył dawno. Tylko nie wiedział, jak to powiedzieć na głos.

Gdy wychodził, zatrzymał się w progu:

— Zostałem, mamo.

I poszedł. Bez patosu. Po prostu odszedł, zostawiając za sobą zapach deszczu.

Szedł, nie zauważając nawet, jak skręcił. W podwórze znajome jak ból: sosny, ceglasty płot, pies w budzie. Dom Wadima. A może już nie?

Podszedł bliżej. Brama pokryta rdzą. Samochodu na podwórku brak. Okna – puste.

Sąsiadka w szlafroku powiedziała, że Wadim wyjechał dawno — ktoś mówi, że do Czech, ktoś — do Izraela. A we fligelu mieszkają teraz dwie kobiety. Milczące, spokojne. Matka i córka.

Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

Chciał już odejść, gdy ujrzał dwóch mężczyzn przy drzwiach. Ubrania zwyczajne, ale pewność siebie – obca. Stali zbyt bez ruchu, zbyt uważnie rozglądając się, jakby na coś czekali. Artiom zamarł. Coś w nim zareagowało — intuicja czy doświadczenie z karetki.

Wtedy drzwi się otworzyły. Na ganek wyszły Alona i Walentyna Siergiewna.

I w tym momencie jeden z mężczyzn wykonał krok do przodu. Coś pękło w Artiomie.

Ruszył biegiem.

Bez zastanowienia. W głowie pustka. Tylko obraz: Alona na ganku, Walentyna z tyłu, mężczyźni robią krok. Jeden sięgnął do kieszeni. Drugi rozglądał się. Nie ci ludzie. Nie te intencje.

Nie krzyknął. Nie wezwał pomocy. Po prostu uderzył pierwszy — gwałtownie, z rozpędem, jak na szkolnym boisku. Pierwszego powalił od razu. Drugi próbował wyciągnąć coś — ale nie zdążył. Zawodził, kręcił się, lecz Artiom już stał nad nim, zaciśnięte pięści.

— Artiom! — krzyknęła Alona. — Dość! Policja już jedzie!

Odwrócił się. Zobaczył ją — bladą, roztrzepaną, z oczami pełnymi strachu i łez.

Cofnął się. Ręce mu drżały. W uszach dudniło. Całe ciało spięte, jak przed skokiem. Spojrzał na nią, jakby po raz ostatni. Potem przeniósł wzrok na Walentynę Siergiewnę. Stała prosto, nie kuliła się, spokojna — jak wtedy, pod ulewnym deszczem.

— Jesteście… cali? — wyszeptał. — Z wami wszystko OK?

— Teraz tak — odpowiedziała. I po raz pierwszy od samego początku uśmiechnęła się — szczerze. Nie z pogardą, nie ze smutkiem — po ludzku.

Policja przyjechała szybko. Sąsiedzi wyszli na podwórze. Napastników zabrali. Niebezpieczeństwo minęło. A została cisza.

Artiom stał na tym samym podwórku, gdzie kiedyś dostał drugą szansę. I stracił zaufanie.

— Dlaczego wróciłeś? — zapytała Alona później, cicho, obok, ale nie podchodząc.

Spojrzał jej w oczy.

— Nie wróciłem. Po prostu szedłem obok. Zobaczyłem. I zrozumiałem: jeśli teraz odejdę — wszystko, kim się stałem, okaże się kłamstwem. A jeśli zostanę — nie dla przebaczenia. Tylko po to, by już nigdy nie być tym, kto kiedyś się odwrócił.

Alona milczała. Potem zrobiła krok do niego. Potem kolejny. I nagle go objęła.

— Nie jesteś już tym, kim byłeś. Nie tylko inny. Stałeś się sobą.

Walentyna Siergiewna obserwowała to jak przebudzenie. Skinęła — ledwie zauważalnie. Ale w tym kiwnięciu było więcej znaczenia niż cała mowa.

Minęło kilka miesięcy.

Artiom został. Bez warunków, bez żądań. Po prostu pomagał. Naprawił dach, zawiózł Walentynę Siergiewną do lekarza, pomalował płot. Nie wnikał w ich uczucia. Nie prosił o przebaczenie. Nie powtarzał tych samych słów.

Alona najpierw zachowywała dystans, chłodno. Lecz z czasem lód się stopił. Siedzieli znowu na ławce pod furtką — nie jako mężczyzna i kobieta, lecz jako ludzie, którzy razem przeszli przez mrok. Bez pośpiechu. Bez oczekiwań.

Pewnego dnia, gdy podawał jej wiaderko z wodą, nagle powiedziała:

— Już się nie boję. Ani deszczu. Ani przeszłości. Ani ciebie.

On nic nie powiedział. Po prostu wziął ją za rękę…

Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

Kierowca autobusu wyrzucił staruszkę bez biletu w strugach deszczu, a potem spotkał ją w domu dyrektora.

Kiedy Artiom otrzymał nowy autobus, jego serce zamarło z radości — miał wrażenie, że wręczono mu klucz nie tylko do pojazdu, ale i do nowego życia. Takiego, w którym nie będzie już zgrzytów starej skrzyni biegów, zapachu oleju napędowego w kabinie i ciągłego lęku, że zaraz znowu rozleci się zawieszenie. Autobus był nowiutki, niemal pachniał fabryką: siedzenia miały gęstą tapicerkę, kierownica — ani jednej przetarcia.

Ale radość nie trwała długo — jeszcze tego samego wieczoru wezwano go do Iwana Konstantinowicza, dyrektora zajezdni. Mężczyzna postawny, twarz jakby wykuta z kamienia.

— Słuchaj, Artiom… — zaczął, opierając się w starym, skrzypiącym fotelu. — Skoro dostałeś nowy pojazd, to i trasę dostaniesz specjalną. Linia 77. Osiedle podmiejskie.

— Chyba żartujesz? — głos Artioma prawie się załamał. — Przecież ja ten autobus zajeżdżę w miesiąc! Tam nie ma drogi, tylko piekło dla maszyny! Sami działkowicze i staruszkowie, którzy chcą się tylko przejechać za darmo i pokrzyczeć, że źle skręciłem!

— Żal ci pojazdu? — uśmiechnął się przełożony. — A kupiłeś go może sam?

Artiom zamilkł. Miał ochotę trzasnąć drzwiami, ale wiedział: szybko znajdą mu zastępstwo.

Poranek przywitał go mżawką i kałużami pod nogami. Stał przy masce, przykręcając tablicę rejestracyjną — ręce mu marzły, klucz ciągle wypadał. Przy wejściu do autobusu już tłoczyli się staruszkowie z torbami, siatkami i baniakami, ze smutkiem w oczach.

Usiadł za kierownicą, odpalił silnik — autobus zadrżał, jakby też się przeziębił. Artiom czuł się podobnie — trzęsący się, zmarznięty, jakby wywrócony na drugą stronę. Wszystko go drażniło: tykanie kierunkowskazu, zrzędzenie babci z pierwszego rzędu, klaksony mijanych aut. Palce kurczowo ściskały kierownicę do białości. W głowie kotłowały się myśli: „Po co żyję? Dla kogo? Po co wstaję o piątej rano, żeby wozić ludzi, którzy nawet nie powiedzą dziękuję?”

Przystanki mijały jeden po drugim. Ktoś prosił o wcześniejsze zatrzymanie, ktoś inny klął, że za późno. Jeden dziadek wciskał do przejścia brudny worek z ziemniakami — prawie się przewrócił. Artiom zacisnął zęby. Odliczał minuty do końca zmiany.

Ale najtrudniejsze było wracanie do domu.

Gdy skończył trasę, deszcz się nasilił, przeradzając się w ulewę. Bębnił o dach, spływał po szybach, jakby ktoś chciał zmyć ten dzień z powierzchni ziemi.

Zdał autobus, przebrał się w dusznej szatni, gdzie pachniało wilgotnymi kurtkami i potem. Postanowił wrócić pieszo — nie chciał z nikim rozmawiać. Pragnął ciszy. Chciał, by w domu pachniało domowym rosołem i ciepłem, jak w dzieciństwie. Ale to „dzieciństwo” dawno już odeszło — razem z kapciami ojca, zaparowanymi oknami i uczuciem, że ktoś na ciebie czeka.

Zamek kliknął. Wszedł, starannie odstawił buty w kąt. Na kuchence skwierczała patelnia — zapach smażonych ziemniaków uderzył w nos, coś w nim drgnęło.

— Mamo? — zawołał, prawie się uśmiechając.

Ale w domu był obcy człowiek.

Przy kuchence stał mężczyzna.

— O, Artiom! — rozległ się głos matki z pokoju. — Poznaj, to Borys. Teraz jest z nami.

Artiom zamarł.

— Siema, bracie — powiedział Borys, szczerząc zęby. — Teraz ja tu rządzę.

Artiom nie odpowiedział. Po prostu się odwrócił i wyszedł.

Na zewnątrz robiło się ciemno. Asfalt błyszczał, latarnie drżały w kałużach. Szedł, nie zwracając uwagi na drogę, wściekły na wszystko: pracę, matkę, tego Borysa, siebie samego.

W kieszeni wymacał klucz — do małego pokoiku u Wiki, dyspozytorki z zajezdni. Kiedyś marzyli, że kupią tam firanki i mikrofalówkę — stworzą swój azyl. Ruszył w tamtym kierunku. Nie miał już dokąd pójść.

Do mieszkania Wiki dotarł przemoczony do suchej nitki. Buty chlupały, dżinsy kleiły się do skóry. Deszcz nie ustawał. Już z daleka zobaczył światło w oknie — była w domu. Wyjął klucz, ale nie odważył się go użyć. Zapukał.

Otworzyła od razu, jakby wiedziała, że przyjdzie. W szlafroku, z telefonem w dłoni, mokre włosy.👇 Kontynuacja w pierwszym komentarzu pod zdjęciem 👇👇👇

Spodobał Ci się artykuł? Podziel się z przyjaciółmi:
Sekrety codziennego życia